Prawdopodobnie każdy z nas, graczy, lubi raz na jakiś czas ograć jakiegoś indyka. W świecie wielomilionowych produkcji pełnych akcji, porywającej fabuły i filmowych scen, czasem fajnie jest zanurzyć się w produkcję, która ma w sobie więcej ze sztuki niż gry. Niektóre takie dzieła bardzo szybko stają się hitami jak Stardew Valley, Hollow Knight czy właśnie… Stray.
Stray to gra… dziwna – mówię to jako osoba naprawdę doceniająca kreatywność przy tworzeniu gier. Gra o kocie w futurystycznym, trochę cyberpunkowym świecie przejętym przez roboty – I samo to już powinno wskazywać dlaczego tak uważam. Niewiele powstało gier, w których protagonistą był kot… a już chyba prawie żadna większa produkcja niż jakiś symulator kota czy inne badziewie. Więc czym tak właściwie jest Stray i czy warto było zagrać w ten tytuł?
Ale od początku. Stray to przygodowa gra wydana w 2022 roku, wyprodukowana przez niezależne studio BlueTwelve Games – zespół, który wcześniej praktycznie nie istniał na mapie branży gamingowej. Recenzja dotyczy wersji na konsolę Playstation 5, choć gra trafiła także na konsole Xbox oraz Steam. Fabuła zabiera nas do opuszczonego przez ludzi, futurystycznego podziemnego świata, w którym przy życiu pozostały jedynie roboty. Te mechaniczne stworzenia z czasem zaczęły przejmować ludzkie zachowania, tworząc dziwaczne społeczeństwo naśladujące dawnych mieszkańców.
Podziemne miasto pełne tajemnic
Jak już wspomniałem, Stray to gra wyjątkowa. Twórcy bardzo grają nam na emocjach poprzez sposób, w jaki zaprojektowali klimat całego świata. Przyszłość przedstawiona w grze znacznie różni się od tej, którą znamy z produkcji AAA. Zapomnijcie o lśniących wieżowcach z Cyberpunka czy high-techowych kurortach z filmów science fiction. Tutaj mamy do czynienia z czymś zupełnie innym.
Ulice i budynki przypominają biedniejsze dzielnice azjatyckich megamiast – gęsta zabudowa, mnóstwo kabli elektrycznych snujących się między budynkami, blaszane dachy i wszechobecne klimatyzatory. Dla kota, który może się po nich wspinać, to prawdziwy plac zabaw. Co fascynujące, te same elementy które dla człowieka byłyby przeszkodą, dla naszego futrzanego protagonisty stają się drogą do eksploracji. Detale są niesamowicie dobrze dopracowane – od kolorowych neonów odbijających się w kałużach, po zawieszone pranie między budynkami. Przemierzając te zaułki nieustannie zadajesz sobie pytanie „co tu się właściwie wydarzyło?„, co naturalnie pobudza chęć dalszego odkrywania.
Miasta nie są jednak całkowicie martwe. Wręcz przeciwnie – tętnią swoistym życiem. Przechadzając się ulicami natrafiamy na roboty, które od setek lat próbują naśladować ludzką egzystencję. Ich design to strzał w dziesiątkę – zamiast głów mają stare kineskopowe monitory, a komunikują się seriami bipnięć i pisków. To jednocześnie urocze i melancholijne. Bez naszego małego towarzysza-drona, który tłumaczy wszystkie dialogi, bylibyśmy kompletnie zgubieni w tym dziwnym świecie robotycznych naśladowców.
Parkour po kociemu

Lokacje w grze są stosunkowo niewielkie, co może zaskoczyć graczy przyzwyczajonych do gigantycznych, otwartych map z nowoczesnych produkcji. Poszczególne lokacje wydają się kompaktowe, ale tutaj pojawia się genialny trick – perspektywa kota całkowicie zmienia sposób, w jaki postrzegamy przestrzeń. Zamiast poruszać się wyłącznie po ulicach na poziomie gruntu, eksplorujemy lokacje wertykalnie. Dachy, półki, klimatyzatory, rury, balkony – każda powierzchnia może stać się naszą ścieżką. Nagle te „małe” lokacje okazują się znacznie większe, gdy zaczynamy myśleć trójwymiarowo.
System poruszania został zaprojektowany z myślą o dostępności. To nie jest tytul w stylu Assassin’s Creed, gdzie musisz precyzyjnie celować i liczyć na szczęście. Stray przypomina bardziej elegancki point&click w trzech wymiarach – gra pokazuje kropkę tam, gdzie kot może wskoczyć, a my tylko naciskamy przycisk. Proste, intuicyjne i przyjemne. Dlatego właśnie Stray to idealny wybór na wspólny wieczór z partnerem czy znajomym, który nie czuje się pewnie z padem w ręku. Żadnych frustrujących momentów wymagających refleksu, tylko spokojne zwiedzanie i rozwiązywanie zagadek.
Co ciekawe, twórcy świetnie wykorzystali kocią anatomię w gameplayu. Możemy przeciskać się przez wąskie przestrzenie, drapać meble (co nie ma wpływu na rozgrywkę, ale jest fajne), miauczeć na żądanie i… zrzucać przedmioty z półek. Tak, dokładnie to co robi każdy prawdziwy kot. Te małe detale sprawiają, że czujemy się autentycznie jak futrzak na czterech łapach.
Kot… który zachowuje się jak pies?
Tu jednak pojawia się pewien dysonans poznawczy, który towarzyszył mi przez sporą część rozgrywki. Gramy kotem, ale… czy na pewno? W wielu sytuacjach miałem wrażenie, że pies pasowałby do tej roli znacznie lepiej. NPC dają nam zadania typu „idź tam i przynieś mi ten przedmiot„, a my… po prostu to wykonujemy. Bez szemrania, bez ignorowania poleceń, bez położenia się do snu w najmniej odpowiednim momencie.
Sam jestem kociarzem i mogę z czystym sumieniem powiedzieć – tak się koty nie zachowują. Typowy kot ma wszystkich i wszystko gdzieś, interesuje go głównie własny ogon, micha z jedzeniem i najbardziej niewygodne miejsce w całym mieszkaniu do drzemki. Owszem, czasem przyjdzie się poprosić o głaskanie, ale większość dnia spędza na spaniu i umywaniu się. Tymczasem nasz bohater biega po mieście jak jakiś oddany retriever, nosi przedmioty, pomaga obcym robotom i angażuje się w skomplikowane misje ratunkowe.
I kurcze, każda taka myśl trochę psuła immersję. Podczas rozgrywki co chwilę łapałem się na tym, że myślę „mój kot nigdy by tego nie zrobił„. Z drugiej strony, ciężko mi sobie wyobrazić, jak taka gra miałaby funkcjonować, gdyby kot zachowywał się… no właśnie, jak kot. Misja numer jeden: „Przynieś nadajnik z trzeciego piętra” – kot: kładzie się do snu na klawiaturze. Koniec gry. Może to jest właśnie powód, dla którego nikt wcześniej nie robił poważnych gier o kotach? Realizm kociej natury niekoniecznie przekłada się na dobrą rozgrywkę.
Sztuka i Easter eggi na każdym kroku
Twórcy wyraźnie nie bali się eksperymentować, i to nie tylko w kwestii wyboru protagonisty. Cała oprawa audiowizualna to istne dzieło sztuki. Muzyka zasługuje na osobną wzmiankę – kompozycje są specyficzne, czasem wręcz trudne do słuchania w oderwaniu od gry, ale w kontekście cyfrowego świata po upadku cywilizacji działają perfekcyjnie. Budują atmosferę opuszczenia i nostalgii. Choć przyznam, że kilka utworów dziwnie mi się kojarzyło z soundtrackiem z Terrarii. (Ale może to tylko ja?)

Zresztą, wiele elementów w Stray przywodzi na myśl inne tytuły i dzieła popkultury, i to wcale nie jest wada. Wręcz przeciwnie – ilość nawiązań i easter eggów jest imponująca. Nasi główni przeciwnicy, Zurki, to praktycznie Headcraby przeniesione z uniwersum Half-Life. Wyglądają podobnie, zachowują się podobnie, a nawet sposób w jaki nas atakują wydaje się bezpośrednią inspiracją. W niektórych scenach miałem wrażenie, że twórcy poszli nawet krok dalej niż tylko „inspiracja” – to wręcz hołd dla klasyka Valve.

Ale to tylko wierzchołek góry lodowej. W trakcie gry natrafimy na szalonego naukowca w białym fartuchu i „siwych” kablach na głowie, który desperacko potrzebuje wygenerować dokładnie 1,21 gigawata energii. Brzmi znajomo? W bibliotece znajdziemy czerwoną książkę ze złotą kocią łapą – czyżby dziennik numer 3 z Gravity Falls? A barman w jednej z lokacji skarży się, że dostał śrubokrętem w kolano i już nigdy nie będzie mógł przygód przeżywać – jasne nawiązanie do memicznego już „arrow to the knee” ze Skyrima.
Lista nawiązań jest długa i nie zamierzam wszystkiego zdradzać – część przyjemności w Stray to właśnie odkrywanie tych smaczków samodzielnie. Jestem pewien, że wielu easter eggów sam nie wyłapałem, co daje pretekst do ponownego przejścia za jakiś czas. Ten uśmiech na twarzy, gdy rozpoznajesz kolejne nawiązanie, jest bezcenny.
Grafika która zachwyca

Wizualnie Stray to prawdziwa uczta dla oczu. Twórcy postawili na stylizowaną grafikę, która świetnie podkreśla artystyczny charakter produkcji. To nie jest fotorealizm w stylu The Last of Us, ale świadomy wybór estetyczny, który sprawia, że gra wygląda ponadczasowo. Światła lamp ulicznych mieszają się z neonami z witryn sklepowych, wszystko odbija się w licznych szybach i kałużach na mokrym bruku. Z włączonym ray-tracingiem widoki są po prostu OSZAŁAMIAJĄCE.
Eksplorowanie lokacji i podziwianie otoczenia to sama w sobie nagroda. Twórcy zadbali o detale, które normalnie mogłyby umknąć – świecące oczy kota, gdy pada na nie ostre światło, sposób w jaki futro reaguje na ruch, animacje umywania się czy drapania. Stray graficznie jest po prostu piękny, i to jedna z niewielu rzeczy w tej recenzji, z którą nie jestem gotów dyskutować.
Warto też wspomnieć o świetnej pracy kamery, która zawsze wie, kiedy się odsunąć i pokazać panoramę miasta, a kiedy zbliżyć się do naszego bohatera, żeby podkreślić emocjonalny moment. System oświetlenia dynamicznie reaguje na porę dnia (o ile można tak to nazwać w podziemnym świecie), tworząc różne nastroje w zależności od lokacji.
Fabuła którą trzeba odkryć samemu
Jeśli chodzi o historię, Stray przyjmuje podejście „show, don’t tell„ i robi to naprawdę dobrze. Całą opowieść o tym, co się stało z ludzkością i dlaczego świat wygląda tak jak wygląda, musimy poskładać sami z rozrzuconych po świecie elementów. Dialogi z robotami, znalezione notatki, obserwacje środowiska – wszystko to składa się na większą całość. Nie ma tutaj długich ekspozycji czy cutscen tłumaczących każdy detal. Musisz sam łączyć kropki.
To podejście przypomina trochę What Remains of Edith Finch czy Gone Home – gry, gdzie eksploracja i dedukacja są kluczowe dla zrozumienia narracji. Wiele informacji jest podanych subtelnie, w tle rozmów czy na plakatach wiszących na ścianach. Czy wyłapiesz wszystkie wątki, zależy od twojej uważności i chęci do zgłębiania świata. Ja osobiście uwielbiam takie podejście, choć rozumiem, że niektórzy gracze mogą czuć się zagubieni bez wyraźnego punktu odniesienia.
Sama historia jest stosunkowo prosta – kot zostaje oddzielony od rodziny i próbuje wrócić na powierzchnię. Po drodze wikła się w problemy mieszkańców podziemi i staje się kluczem do ich ocalenia. Nie jest to może najbardziej oryginalna fabuła w historii gier, ale sposób jej przedstawienia i emocjonalny ładunek sprawiają, że działa naprawdę skutecznie.
Krótka, ale intensywna przygoda

Na szczęście, jeśli coś przegapisz przy pierwszym przejściu, gra oferuje wygodny system wyboru rozdziałów. Możesz wrócić do konkretnego momentu i poszukać tego, co pominąłeś. A zrobisz to szybko, bo Stray jest zwyczajnie bardzo krótką grą. Ostatnio pisałem w recenzji, że Ratchet & Clank: Rift Apart trwający 13 godzin to krótka gra. No cóż… Stray pobił ten rekord.
Spokojnie przechodząc grę, eksplorując świat i odkrywając mechaniki samodzielnie, ukończysz całość w 4-5 godzin. Dla speedrunnerów pewnie wystarczy godzinka. To wcale nie jest wada. W dobie gier-usług ciągnących się w nieskończoność, świeżość krótkiej, zwartej historii jest czymś orzeźwiającym. To świetna wiadomość dla osób z mniejszą ilością wolnego czasu lub tych, którzy boją się zaczynać kolejną 50-godzinną epopeje.
Szczerze mówiąc, muszę tę grę polecić właśnie z tego powodu. Niesamowicie dobrze się przy niej bawiłem, a co ważniejsze – relaksowałem. Stray była dla mnie idealną odskocznią od intensywnego Spider-Mana, którego przechodziłem równolegle. Czasem potrzebujesz czegoś lekkiego, spokojnego, bez presji. Gra idealna na leniwy weekendowy wieczór, gdy chcesz po prostu odpocząć.
Podsumowując…
Stray to dowód na to, że nie potrzebujesz wielomilionowego budżetu ani dziesiątek godzin contentu, żeby stworzyć niezapomniane doświadczenie. BlueTwelve Games zaprezentowało, że czasami mniej znaczy więcej. Krótka, ale intensywna podróż przez fascynujący podziemny świat, który pozostaje w pamięci długo po napisach końcowych.
Czy gra jest idealna? Nie. Kot zachowuje się zbyt po ludzku, co może wybijać z immersji. Lokacje są stosunkowo małe. Rozgrywka może być zbyt prosta dla graczy szukających wyzwania. Ale czy to naprawdę ma znaczenie, gdy całość prezentuje się tak uroczo i spójnie? Dla mnie nie.
To dzieło sztuki w formie gry, które z jednej strony jest przygodówką, a z drugiej relaksującym, kontemplacyjnym doświadczeniem. Jeśli szukasz czegoś odświeżającego, pełnego klimatu i nietypowego – Stray to strzał w dziesiątkę. Szczególnie polecam kociarzom, którzy wybaczą naszemu futrzakowi jego nadmierną chęć pomocy.
Recenzja Stray - Koci Symulator i Dzieło Sztuki
Stray to krótka, ale niezwykle klimatyczna przygoda, która udowadnia, że czasem mniej znaczy więcej. Piękna grafika, urokliwy świat i masa easter eggów sprawiają, że te kilka godzin zapadnie w pamięć na długo.
Plusy
- Przepiękna, stylizowana grafika z ray-tracingiem
- Masa nawiązań do popkultury i easter eggów
- Relaksująca, niezobowiązująca rozgrywka
- Dostępna dla graczy początkujących
Minusy
- Kot zachowuje się zbyt "po ludzku", co psuje immersję
- Bardzo krótka rozgrywka (4-5h może nie wystarczyć)
- Małe lokacje jak na standardy 2022 roku
- Może być zbyt prosta dla graczy szukających wyzwania
- Brak znaczącej replayability poza zbieraniem collectibles
-
Klimat
-
Grafika
-
Rozgrywka
-
Fabuła
